partner serwisu

Najciekawsze aplikacje na Androida - listopad 2015

Najciekawsze aplikacje na Androida - listopad 2015
Autor:
Krzysztof Pojawa
Data publikacji:
7 grudnia 2015, 04:48
Średnia ocena:
Twoja ocena:
Tagi:
2015, adobe premiere clip, android, aplikacje, appcomparision, appsy, asphalt nitro, fast like a fox, happn, listopad, mój t-mobile, najciekawsze aplikacje, najlepsze aplikacje na androida, najlepsze gry, nowe aplikacje, nowe gry, oprogramowanie, programy mobilne, tomtom fotoradary, twist

Listopad obrodził w aplikacje na Androida. Całe szczęście, bo w poprzednim miesiącu programiści nas nie rozpieszczali. Teraz jednak jest lepiej, zdecydowanie lepiej. Dzięki temu nasze listopadowe zestawienie obejmujące najciekawsze aplikacje na Androida tym razem nie będzie wyglądać tak biednie. Co dla Was wybraliśmy? Happn - bardzo nietypową aplikację randkową, do tego Twist, czyli grę nie mającą nic wspólnego z tańcem. Jest też Adobe Premiere Clip, aplikacja absolutnie niezbędna dla każdego mobilnego reżysera. Dodatkowo coś od Microsoftu, który znów próbuje udowodnić, że na mobilny Windows są aplikacje. Jest też coś dla kierowców - TomTom Fotoradary pozwoli Wam uniknąć mandatu.
Sporo? Owszem, a to nie wszystkie wybrane przez nas w listopadzie 2015 najciekawsze aplikacje na Androida.

Happn - randki w internecie, spotkania na żywo

Happn

Reklama tej aplikacji jest w ostatnim czasie jednym z najczęściej wyświetlanych sponsorowanych postów na Facebooku. Nie mogliśmy więc odmówić sobie przyjemności (lub nieprzyjemności - zależy od efektów) jej szybkiego przetestowania. Czym jest Happn? Z jednej strony dość klasyczną aplikacją randkową, w któej możemy zaczepiać użytkowników, puszczać im oczka i pisać wiadomości, z drugiej strony jednak widać tu też wyraźną chęć bycia innowacyjnym, choć naszym zdaniem rozwiązania zastosowane akurat w tym przypadku nie muszą gwarantować sukces. Dlaczego? Zacznijmy od początku. W Happn nie mamy typowej (nietypowej w sumie też nie) wyszukiwarki profili, nie możemy więc ot tak przeglądać innych użytkowników. Żeby zobaczyć czyjś profil, ta osoba musi znaleźć się w naszym pobliżu. Fizycznie. W pobliżu, czyli nie dalej niż 500 metrów od nas. Oczywiście musi też mieć przy sobie smartfon z zainstalowaną aplikacją i włączonym internetem i usługami lokalizacyjnymi. Kiedy taka sytuacja będzie miała miejsce, zobaczymy profil tej osoby na naszej tablicy w Happn. Oczywiście pod warunkiem, że ta osoba spełniać będzie nasze wymagania, które podaliśmy w preferencjach. Jednak nawet wtedy nie możemy od razu do tej osoby napisać wiadomości - zanim to będzie możliwe, musi nastąpić wzajemnie, jak to pięknie nazwali autorzy aplikacji - zauroczenie. Zakładając, że dany użytkownik wzbudził nasze zainteresowanie, mamy dwie możliwości. Albo puścimy mu oczko, albo go polubimy. Różnica polega na tym, że puszczone oczko użytkownik ten zobaczy od razu i będzie mógł na nie zareagować, ale żeby mógł zobaczyć, ze go polubiliśmy, najpierw sam musi nas polubić. Jest to więc bardziej skryta informacja, udostępniana dopiero wtedy, kiedy polubienie jest dwustronne. I dopiero w takim przypadku (lub kiedy zostanie przyjęte i zaakceptowane puszczone oczko) odblokowywana zostaje możliwość rozpoczęcia rozmowy. 

Uff... generalnie brzmi to całkiem nieźle. Pozwala na nawiązywanie kontaktu z osobami, które faktycznie są blisko nas. Przynajmniej można uniknąć związku na odległość (jasne, może być też tak, że osoba, którą zobaczyliśmy w aplikacji jest niedaleko tylko przypadkiem, bo akurat przyjechała na delegację z Meksyku). Problemy? Pierwszy zasadniczy. Happn ma sens tylko wtedy, kiedy będzie miał naprawdę wielu użytkowników. Klasyczne aplikacje randkowe pod tym względem zapewniają większe możliwości, bo sami decydujemy, jaka odległość jest dla nas do przyjęcia. No i nawet mieszkanie w jednym mieście, a więc odległość teoretycznie niewielka, nie gwarantuje jeszcze tego, że kiedykolwiek daną osobą spotkamy na żywo. Może się więc okazać, że na naszych tablicach w Happn nie zobaczymy zbyt wielu użytkowników. 
Drugi problem, choć mniejszy, to brak możliwości wysłania od razu wiadomości tekstowej. Dla wielu osób może być to kluczowa wada aplikacji.

Pomimo tego Happn wydaje się być całkiem ciekawym rozwiązaniem dla wszystkich, którzy poszukują miłości (lub innych, zbliżonych emocji) w internecie.

Cena: bezpłatne, mikropłatności w aplikacji

Twist - nie graj w to, bo nie przestaniesz

Twist

Wariactwo. Kompletne wariactwo, a do tego oczopląs i ból palców po kilkunastu minutach zabawy. W sumie na tym moglibyśmy zakończyć przedstawianie gry Twist, wyprodukowanej przez dość dynamicznie działające studio deweloperskie Ketchapp. Nie będziemy jednak tacy i powiemy kilka słów więcej, choć jeśli liczycie na długi opis fabuły, czy zachwyty nad zmieniającą się płynnie akcją, to będziecie rozczarowani. W Twist ani fabuły, ani zbyt rozbudowanej akcji po prostu nie ma. Jest natomiast to, o czym napisaliśmy w pierwszych dwóch zdaniach.

A mówiąc nieco bardziej szczegółowo - mamy kulkę, a przed nią klocki, po których musimy skakać. Położenie każdego kolejnego klocka jest losowe, a więc przy każdej kolejnej grze trasa jest inna. Może być więc dość prosta, może też przypominać tunel. To jednak nie ma większego znaczenia, poza wywoływaniem wspomnianego już oczopląsu. Gracz nie musi decydować, w którą stronę kulka ma skoczyć - to już wie ona sama. Rolą gracza jest jedynie stukanie w ekran w odpowiednim momencie - tak aby kulka we właściwej chwili przeskoczyła z jednego klocka na drugi i nie spadła w przepaść. Nie jest to proste - przerwy między klockami są spore, w dodatku same klocki nie mają zawsze tego samego rozmiaru, musimy więc nie tylko szybko stukać palcem w ekran, ale też obserwacja przynajmniej kilku klocków do przodu, tak żeby zawczasu rozpoznać teren. 

Twist to nieskompliowana - teoretycznie - ale bardzo wciągająca i rzeczywiście trudna w praktyce gra, przy której, jeśli lubicie taką zabawę, możecie spędzić naprawdę długie godziny.

Cena: bezpłatne

Adobe Premiere Clip - niezbędnik młodego reżysera

Adobe Premiere Clip

Adobe Premiere Clip to jedna z tych aplikacji, które użytkownicy iOS mieli już od jakiegoś czasu, a które w przypadku Androida wciąż nosiły dopisek już wkrótce. Na szczęście nie trzeba było długo czekać, żeby móc korzystać z naprawdę niezłego oprogramowania do mobilnej edycji wideo, nawet nie posiadając iPhone'a. 

Oczywiście mobilna aplikacja do montażu i edycji filmów nie może równać się z pełnoprawnymi, komputerowymi odpowiednikami, ale do tworzenia prostych, acz efektownych materiałów zdecydowanie wystarczy, potrzebne będą jedynie nagrane lub zapisane w pamięci smartfonu pliki wideo i/lub zdjęcia. Nie potrzebna jest nawet własna inwencja, choć ona zdecydowanie pomoże, ale jeśli nie dysponujemy jej nadmiarem, możemy zdać się na inteligencję aplikacji, która sama, w magiczny sposób odpowiednio przytnie nasze pliki, ustawi właściwe tempo i doda pasującą (jej zdaniem) muzykę. Jeśli jednak zdecydujemy się na własnoręczny montaż, to po kilku minutach, które stracimy na zastanawianie się o co tu chodzi, zrozumiemy, że Adobe Premiere Clip daje nam naprawdę duże możliwości. Przycinanie, sklejanie, dodawanie filtrów i efektów kolorystycznych, wklejanie zdjęć czy przygotowanie podkładu muzycznego (z własnych plików audio bądź przy wykorzystaniu preinstalowanych w aplikacji) - to wszystko tu jest, w dodatku jest bardzo proste w obsłudze. Gotowe filmy można zapisać na swoim koncie Creative Cloud, w pamięci urządzenia, bądź udostępnić w YouTube. Przyznajemy - wystarczyło kilkanaście minut z Adobe Premiere Clip, żeby nie mieć wątpliwości, jaka od tego momentu będzie nasza podstawowa aplikacja do mobilnego montażu wideo.

Cena: bezpłatne

AppComparision - ...i aplikacje dla wszystkich

AppComparision

Microsoft wciąż wierzy, że jego system mobilny może wygrać, a przynajmniej podjąć równorzędną walkę z Androidem. Czy ma rację? Zdania tu są podzielone - o ile sam Microsoft uważa, że tak, o tyle cały pozostały świat raczej nie daje mu na to zbyt wielkich szans. Trzeba jednak producentowi Windowsa przyznać, że nie poddaje się i wciąż próbuje nowych sposobów na to, aby zyskać choć kilka procent w torcie mobilnych OS'ów. Pomijając fakt, że Windows Phone, a teraz Windows 10 Mobile to system, któremu ciężko jest coś zarzucić (dopóki nie spróbuje się ustawić dowolnego pliku mp3 jako dzwonka), to najpoważniejszy zarzut brzmi - na ten system nie ma aplikacji. W rzeczywistości rzecz nie przedstawia się aż tak źle. Aplikacji jest sporo, ich liczba wciąż rośnie. A to, że nie ma niektórych bardzo popularnych (gdzie jest Snapchat?!), to... w każdym razie na mobilny Windows oprogramowania jest naprawdę sporo.

Fakty faktami, ale świadomość użytkowników nie zawsze się z nimi pokrywa. I właśnie tę świadomość Microsoft próbuje zmienić aplikacją AppComparision. Ma ona pomóc użytkownikom Androida zastanawiającym się nad ewentualną przesiadką na mobilny Windows w odnalezieniu kafelkowych odpowiedników tych aplikacji, które mają oni zainstalowane na urządzeniach z systemem Google'a. Aplikacja skanuje pamięć urządzenia, a następnie wyświetla - w podziale na kategorie - windowsowe wersje lub zamienniki posiadanych aplikacji. Sprytnie, bardzo sprytnie. 

Czy to cokolwiek pomoże? Mamy mieszane uczucia - niektórym użytkownikom być może da do myślenia. Większości jednak raczej niekoniecznie. Przynajmniej dopóki nie ma Snapchata.

Cena: bezpłatne

Fast like a Fox - stuknij w plecki

Fast like a Fox

Lis. Nie za duże, za to szybkie zwierze. O kolorze sierści nie wspominamy, bo raz, że i tak wszyscy wiedzą, a dwa, że nie chcemy mieszać się w politykę. Wolimy gry na Androida. A bohaterem jednej z nich jest właśnie to rude szybkie zwierze. Fast like a Fox to dość typowa platformówka, w której musimy biegać, skakać i zbierać porozrzucane świecące przedmioty. Co w tym ciekawego? Kilka rzeczy - po pierwsze całkiem sympatyczna grafika, po drugie - dynamiczna akcja, a po trzecie - bardzo niestandardowy system sterowania, który powoduje, że gra nie jest tak prosta, na jaką dotąd wyglądała. 

Nasz lis może biec z różną prędkością. Może też przyspieszać i zwalniać - to zależy od nas. Być może graliście kiedyś na ośmiobitowych komputerach w gry sportowe, typu Winter Olympics czy Summer Olympics. Jeśli tak, to zapewne pamiętacie, że prędkość zawodnika zależała od tego, jak szybko poruszało się na boki drążkiem joysticka. My to pamiętamy doskonale - bolący nadgarstek wciąż jeszcze odzywa się na zmianę pogody. W każdym razie w Fast like a Fox jest dość podobnie, z tym że tutaj oczywiście nie ruszamy niczym na boki, a stukamy palcami. Im szybciej, tym szybciej biegnie nasz lis. Tylko ciekawostka - nie stykamy w ekran, a plecki smartfona. Możemy to robić jednym palcem, dwoma, albo nawet wszystkimi, jeśłi tak nam wygodnie. Ale w plecki. Stuknięcie w ekran służy tylko do tego, żeby nasz bohater podskoczył. Nietypowo i - przyznajemy - interesująco rozwiązana kwestia sterowania. A do tego po prostu całkiem miła, przyjemna platformówka.

Cena: bezpłatne

TomTom Fotoradary - ratunek przed mandatem

TomTom Fotoradary

Jak dobre są mapy i nawigacje firmy TomTom, nie musimy raczej nikogo przekonywać. Nawet jeśli używacie rozwiązań innych producentów, to ciężko jest powiedzieć - TomTom, robisz to źle. Kolejną propozycją firmy jest aplikacja Fotoradary, która, jak się zapewne domyślacie, informuje podczas jazdy o... tak! O fotoradarach. 

Z aplikacji poznacie lokalizacje fotoradarów stacjonarnych, które znajdą się na Waszej drodze, uzyskacie też ostrzeżenia przed fotoradarami mobilnymi, choć te ostatnie ze zrozumiałych względów nie będą w 100% dokładne, gdyż prezentowane są na podstawie zgłoszeń dokonanych przez innych użytkowników aplikacji. 

Najnowsze oprogramowanie TomTom jest bardzo proste, ale swoją rolę spełnia bez zastrzeżeń. Co więcej - jest całkowicie darmowe, a do tego wygodne w obsłudze. Jeśli więc jeździcie samochodami i zdarza się Wam w chwili nieuwagi przekroczyć dopuszczalną prędkość, to warto, żebyście ją zainstalowali. 

Cena: bezpłatne

Mój T-Mobile - taka sama, ale działa

Mój T-Mobile

Jeżeli duży operator wypuszcza zupełnie nową wersję swojej aplikacji abonenckiej, jeżeli zaprasza nas do jej przedpremierowego przetestowania i chce się nią dość szeroko chwalić, to wiedz, że coś się dzieje. A jeśli w dodatku ta aplikacja wygląda tak samo, jak jej poprzednie wydanie i - teoretycznie - funkcjonalnie również praktycznie się nie różni, to tym bardziej wiedz, że coś się dzieje? A jeżeli robi to T-Mobile, który za swoją aplikację do niedawna nie był chwalony (a wręcz przeciwnie), to już zupełnie wiedz... nie będziemy powtarzać po raz kolejny. 

Nowy Mój T-Mobile to w stosunku do poprzedniej wersji oprogramowania do zarządzania własnym kontem abonenckim jedna, za to zasadnicza zmiana. Ta aplikacja w końcu działa! Nie wiesza się! Nie wyłącza się sama w najmniej oczekiwanych momentach! Mało? Jeśli korzystając ze starszego wydania aplikacji T-Mobile próbowaliście np. dokupić sobie pakiet internetowy albo włączyć roaming, to wiecie, że ta zmiana to nie jest mało. To jest bardzo dużo. Działa. Naprawdę działa. W końcu.

Do tego jest świetnie zaprojektowana, bardzo czytelna, wygodna w użytkowaniu. To jednak nie jest nowość. Ale dopiero w połączeniu ze sprawnym funkcjonowaniem te zalety zaczynają mieć spore znaczenie. Nowy Mój T-Mobile stał się wreszcie świetną aplikacją abonencką. Taką, jakiej życzymy wszystkim klientom innych sieci komórkowych (piszący te słowa składa te życzenia również samemu sobie, bo korzysta z usług innego operatora, którego aplikacja, choć całkiem niezła, to pod wieloma względami pozostaje daleko w tyle za oprogramowaniem, z którego mogą już korzystać abonenci T-Mobile).

Cena: bezpłatne

Asphalt Nitro - szybcy, wściekli i mali

Asphalt Nitro

Na koniec naszego zestawienia gra z bardzo popularnej serii wyścigowej, ale nieco inna, niż do tej pory. Przede wszystkim znacznie mniejsza. Jak znacznie? Instalacja Asphalt 8: Airborne wymagała pobrania około 900 MB ze sklepu Google. A wersja Nitro - tylko 25 MB. Ale okazuje się, że nawet tak niewielka gra może sprawić nie mniej przyjemności, niż jej większa, bardzo ej dorosła odmiana. Asphalt Nitro to oczywiście nieco mniej oszałamiająca grafika, ale też w żadnym wypadku nie możemy powiedzieć, żeby była kiepska. Nie jest po prostu aż tak perfekcyjna, jak w Asphalt 8: Airborne. Co jednak ważne, sama rozgrywka praktycznie się nie różni. Mamy wiele tras, dodatkowe zadania podczas przejazdów, możliwość zmiany i tuningowania samochodów. Słowem - wszystko to, co w ósemce. Do tego takie samo sterowanie i taki sam interfejs użytkownika w grze. Cała reszta jest praktycznie taka sama. Oczywiście dostępne w grze trasy są nowe, nie są to te same tory, z którymi mieliśmy do czynienia w Airborne.

Asphalt Nitro zainstalowaliśmy na smartfonie ze średniej półki (jakim - piszemy na końcu naszego artykułu). I graliśmy bez większych problemów z płynnością. I musimy przyznać - graliśmy długo. Dlatego nasze zestawienie otrzymujecie dopiero 7. grudnia. Asphalt Nitro to obowiązkowa pozycja dla wszystkich miłośników zręcznościowych gier samochodowych, nie tylko dla tych, którzy mają na tyle niewielki limit danych, że na Airborne nie mogą sobie pozwolić.

Cena: bezpłatne

Wszystkie opisane aplikacje przetestowaliśmy na smartfonie Samsung Galaxy J5

Samsung Galaxy J5

Sprzęt przekazał nam jego producent - firma Samsung.

Samsung

2015.12.07, 13:50
Aplikacja 'Mój T-Mobile w sklepie Play Google jest, ale nie po polsku.
2015.12.10, 22:12
Hanczeska @ 2015.12.07 13:50
Aplikacja 'Mój T-Mobile w sklepie Play Google jest, ale nie po polsku.

Faktycznie był taki problem, teraz już wszystko jest jak trzeba :)
Ze względu na obowiązującą ciszę wyborczą funkcja komentowania została wyłączona do dn. 2019-05-26 godz. 21:00.